Po krótkiej przerwie ruszamy dalej, chcemy dziś dotrzeć jak najdalej. Dość szybko dojeżdżamy do drogi krajowej nr 1, czyli tej z której teoretycznie nie mogliśmy zjeżdżać. I oficjalnie - wersja dla wypożyczalni aut - nigdy nie zjechaliśmy, jakby kto pytał ;)
Widoki po zjechaniu nieco w głąb lądu, nie prowokują już nas do postojów, choć to może czas nagli nas za bardzo. Krzyś następnego dnia musi nas opuścić, my dwie ciągle nie mamy planu co do tego, którędy poprowadzi nas nasza pomysłowość. No i auto trzeba oddać, najpóźniej pojutrze. W Reykjaviku :(
Najwyższa więc pora zatrzeć ślady po wojażach błotami Fjordów Zachodnich. Oddychamy dziś z ulgą - nic się w rozklekotanej Nubirze nie popsuło, no i z R1 możemy już - tfu tfu - dzwonić po pomoc jakby co.
Wczesnym wieczorem dojeżdżamy do Akureyri. Pomyśleć, że rano byliśmy jeszcze we Flateyri...
Decydujemy się na nocleg z wygodami w Hostelu YHA. Ruszamy też na spacer po mieście połączony z polowaniem na lokalne dania. Jesteśmy już jednak trochę za późno chyba, zamykają nam się przed nosem drzwi miejscowych jadłodajni, czyli nici z posmakowania steku z wieloryba... Może i dobrze, sumienie będzie spokojniejsze ;)
Późną nocą, wbrew regulaminowi, gotujemy sobie późną kolację w schroniskowej kuchni i wskakujemy w śpiwory. A jutro dalej...